12 marca 2006

Moje gratulacje, panie Gates!

Niedawno okazało się, że najbogatszym człowiekiem na świecie jest Bill Gates.

Nie zawahałbym się nazwać Billa Gates'a swoistym symbolem naszych czasów. Człowiek ten w moim przekonaniu w pełni zasłużył sobie na piedestał.

W wieku dwudziestu lat zdecydował się na przerwanie studiów matematyki na Harvardzie i podjęcie własnej działalności gospodarczej - w postaci wszystkim chyba znanej firmy Microsoft. Kierował się jedną, prostą myślą - że komputer mógłby być cennym narzędziem w każdym biurze i w domu. Myślę, że w połowie lat siedemdziesiątych była to myśl bardzo odważna.

Sukces jemu i firmie Microsoft przyniósł kontrakt z firmą IBM zawarty na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Nie wchodząc w szczegóły: Microsoft wykorzystał kilka nadarzających się okazji. Kupił system operacyjny opracowany przez kogoś innego i zawarł umowę ze wspomnianą firmą na sprzedaż tego systemu operacyjnego oraz jego dalszy rozwój. Umowa ta dawała firmie IBM prawo do sprzedaży tego systemu na komputery IBM, zaś firmie Microsoft na sprzedaż tego systemu na otwartym rynku.

Kolejną okazją, jaką wykorzystał Microsoft, był istny wysyp klonów komputerów osobistych produkowanych przez IBM. Microsoft szybko zdobył dominującą pozycję wśród dostawców systemów operacyjnych na te komputery, którą utrzymał do dnia dzisiejszego.

Ale miało być o Billu Gatesie, a ja piszę o Microsofcie... Cóż - związki Billa Gates'a z tą firmą są dosyć oczywiste. Nie wiem, ile było zasług pana Gates'a w sukcesie komercyjnym tej firmy - wszak nie on sam są tworzył, nie on sam w niej pracował. Ale jedno jest pewne - to właśnie Bill Gates jest żywym symbolem Microsoftu, jego sukcesu, jego porażek, oraz wszystkiego, co się - słusznie czy też nie - tej firmie przypisuje. Właśnie takiego człowieka większość z nas ma na myśli, mówiąc, pisząc i myśląc "Bill Gates".

Dla mnie taki właśnie Bill Gates jest symbolem ogromnego sukcesu. Napiszę to wprost - uważam, że Microsoft przez zdecydowaną większość czasu swego istnienia nie sprzedawał produktów wyjątkowo dobrej jakości. Sztandarowym produktem tej firmy jest chyba rodzina systemów operacyjnych Windows. Biorąc pod uwagę fakt, że systemy te - w moim subiektywnym odczuciu - dopiero od wersji Windows 2000 oferują stabilność na poziomie wystarczającym do wygodnej i komfortowej pracy, to trzeba stwierdzić, że potęga tej firmy (a wraz z nią sława Billa Gates'a) wyrosła na produktach słabych.

Tym, co tak bardzo podziwiam u Billa Gates'a jest właśnie umiejętność sprzedania produktu o kiepskiej jakości tak wielu milionom ludzi. Jest to olbrzymi sukces marketingowy, który śmiało może być stawiany jako przykład do naśladowania.

Z tego, co wiem, to ani Bill Gates, ani sam Microsoft - może poza paroma, nielicznymi przypadkami - nie wymyślili niczego nowego. W większości po prostu sprzedawali to, co wymyślił ktoś inny. I to właśnie w tym upatruję się ich największego sukcesu - nie jest bowiem sztuką coś wymyślić i zrobić, sztuką jest dopiero ten pomysł i produkt sprzedać. Na tym polu Bill Gates (traktowany jako symbol Microsoftu) pokazał, co potrafi. I właśnie za to tak bardzo go podziwiam.


Wielki sukces marketingowy Microsoftu (Billa Gates'a?) miał bardzo poważne skutki. W sposób oczywisty przyczynił się do popularyzacji określonych standardów. Jako przykłady można tutaj wymienić okienkowy interfejs użytkownika, albo pomysł dostarczania sterowników wraz z systemem operacyjnym (pamiętam jeszcze czasu DOSu, kiedy to sterowniki do różnych urządzeń były dostarczane przez producenta oprogramowania...), co pozwoliło twórcom oprogramowania zająć się ulepszaniem aplikacji, a nie opracowywaniem sterowników do każdej karty graficznej ukazującej się na rynku.

Innym skutkiem sukcesu systemów Windows była ogromna konkurencja z ich strony wobec różnych innych systemów operacyjnych dostępnych na rynku. Konkurencja zawsze jest czymś pozytywnym. Jakkolwiek nie jest dobra dla producenta (bo zmusza go do większego wysiłku), to wychodzi na dobre konsumentowi (bo otrzymuje on lepszy produkt, po niższej cenie). Kto wie, jak wyglądałyby obecnie Linuksowe czy BeOSowe desktopy, gdyby nie mocna pozycja systemów Windows na rynku. Kto wie, jak duża byłaby motywacja do pracy developerów KDE czy GNOME, gdyby na rynku nie było systemów firmy z Redmont?

O Microsofcie można mieć różne zdanie, ale nie da się zaprzeczyć, że to właśnie ta firma wytycza ścieżki dla nowych technologii (nawet, jeśli ich sama nie wymyśla, to pozwala im zdobyć popularność). To ona jest właśnie źródłem innowacji - podobnie, jak kiedyś źródłem innowacji była Europa (w której znalazło wykorzystanie wiele idei powstałych poza Europą).


O Billu Gatesie - legendzie, symbolu - można więc wiele powiedzieć. Bill Gates - człowiek - jest po prostu genialnym marketingowcem. Najbogatszym człowiekiem na świecie, który przekazał sporą część swojej fortuny na różne cele charytatywne. To również zasługuje na uznanie, jako że niewielu jest takich, którzy do takich celów sięgają do własnej kieszeni (zdecydowana większość ludzi woli sięgać do cudzej).


Oby było jak najwięcej takich ludzi, jak Bill Gates, wśród nas.

26 stycznia 2006

Portować, czy nie portować?

Oto jest pytanie!

O co mi chodzi? Przeczytałem przed chwilą news, w którym była mowa o tym, że zgodnie z zapowiedzią firmy TrollTech wersja 4.0 biblioteki Qt ukaże się na licencji GPL na "wszystkie" platformy, w tym na MS Windows. Nie wchodząc w szczegóły, które to są te "wszystkie" platformy (a ze słyszenia znam ich wiele - Windows, GNU/Linux, Syllable, BeOS...), zainteresował mnie inny aspekt tej sprawy - otóż skoro Qt będzie dostępne na Windows na licencji GPL, to można by było napisać port środowiska KDE dla tego systemu. Można by było - tylko czy należy to robić? I właśnie to jest to pytanie, na które wielu ludzi stara się znaleźć odpowiedź.

Z mojego punktu widzenia cała ta dyskusja jest po prostu jałowa, a to z jednego, zasadniczego powodu. Skoro Qt ma być wydane na GPL, skoro KDE jest rozpowszechniane na tej samej licencji, to co niby miałoby powstrzymać kogoś przed zrobieniem stosownego portu? Chętni z pewnością się znajdą - i mniejsza już o ich motywacje. A skoro się znajdą, to powstanie portu KDE pod Windows jest tylko kwestią czasu. Ta sprawa wydaje mi się być przesądzona, koniec, kropka.

Interesujące wydają mi się być natomiast argumenty używane przez zwolenników oraz przeciwników idei portowania aplikacji KDE pod Windows.

Zwolennicy argumentują, że zrobienie portu KDE pod Windows przyczyni się do popularyzacji tego oprogramowania, w wyniku czego ludziom będzie łatwiej przesiąść się z Windows na GNU/Linuksa. Pojawiają się również argumenty czysto praktyczne, jak np. taki, że są i tacy ludzie, którzy najczęściej korzystają z GNU/Linuksa, lecz od czasu do czasu zdarza im się pracować pod Windows - i dla nich taki port byłby po prostu znacznym ułatwieniem. Muszę przyznać, że i ja się do takich ludzi zaliczam - i jakkolwiek nie używam KDE, to jednak praca pod KDE na Windows byłaby dla mnie znacznie bardziej kuszącą propozycją, niż obecny stan środowiska pracy pod systemem firmy z Redmont.

Przeciwnicy idei tworzenia portu KDE pod Windows uważają natomiast, że zniechęci to ludzi do przesiadania się z Windows na GNU/Linuksa, a w efekcie może tylko środowisku Wolnego Oprogramowania zaszkodzić. Po co - argumentują - ktoś miałby się przesiadać na GNU/Linuksa, gdzie miałby do dyspozycji jedynie Wolne Oprogramowanie, skoro pod Windows, którego ten ktoś obecnie używa, miałby do dyspozycji to samo Wolne Oprogramowanie oraz jeszcze oprogramowanie komercyjne? Ludzie - to wciąż ich argumenty - wybierają system operacyjny kierując się ilością dostępnego pod ten system oprogramowania, po co więc zwiększać przewagę zamkniętego systemu operacyjnego tworząc pod niego porty Wolnego Oprogramowania?

Obydwa te argumenty uważam za całkowicie chybione. Fakt, że pod systemem Windows istnieją porty wielu używanych przeze mnie programów - np. FireFoksa, gVima, OOo - wcale nie oznacza, że rozważam przesiadkę z GNU/Linuksa na Windows. Przesiadka ta nie interesuje mnie ani dlatego, że pod Windowsem czułbym się mniej zagubiony mogąc używać tych samych programów, ani dlatego, że w gruncie rzeczy nie muszę się przesiadać na Windows, aby tych programów używać. Czyli sam fakt, że pod danym systemem istnieje jakieś oprogramowanie, wcale nie zachęca (ani też nie zniechęca) mnie do używania tego systemu (oczywiście jest to prawdą dopiero po przekroczeniu pewnej granicznej liczby dostępnych programów pod dany system operacyjny). Mój wniosek: wykonanie portu KDE pod Windows w ogóle nie wpłynie na liczbę ludzi zmieniających system operacyjny (w jedną czy też w drugą stronę), a jeśli nawet - to w sposób minimalny.

Ale nie to jest akurat tutaj ważne. To, co mi się od razu rzuciło w oczy w tej dyskusji, to fakt, że dyskusja ta jest w zasadzie czysto "polityczna", że się tak wyrażę. Choć przedstawiciele każdej ze stron podnoszą argumenty praktyczne, to jednak wszystko obraca się wokół jednej, zasadniczej myśli - czy tworzenie portu KDE pod Windows przyciągnie ludzi do GNU/Linuksa, czy też będzie miało efekt przeciwny?

Prawdę mówiąc, takie stawianie sprawy wydaje mi się być po prostu śmieszne. Osobiście pracuję pod GNU/Linuksem i jestem w stanie dokładnie uzasadnić, dlaczego wybrałem właśnie ten system operacyjny (a powodem tym wcale nie było KDE, GNOME, czy też któryś z WMów). Mam natomiast wielu znajomych, którzy używają Windowsa - i oni również mogą odpowiedzieć na pytanie, dlaczego to robią. Sytuacja taka wydaje mi się być po prostu naturalna - każdy z nas ma swoje potrzeby, pewne oczekiwania oraz umiejętności - i każdy z nas dokonuje w związku z tym pewnych wyborów w życiu. Ja wybrałem GNU/Linuksa, ktoś inny mógł wybrać Windows. Osobiście pomysł sportowania KDE pod Windows bardzo mi się podoba, ale głównie z tego powodu, że da to ludziom większy wybór podczas podejmowania decyzji o wyborze systemu operacyjnego. Marzy mi się taki świat, w którym każdy program działałby pod każdym systemem operacyjnym, gdyż wówczas każdy z nas mógłby swobodnie wybrać odpowiadający mu system operacyjny i cieszyć się wszystkimi dostępnymi programami.

Z mojego punktu widzenia nie ma znaczenia to, ilu ludzi używa GNU/Linuksa, Windows, czy jakiegokolwiek innego systemu operacyjnego. Niech każdy używa tego, czego chce - na tym właśnie polega wolność wyboru. Dziwi mnie więc fakt, że są ludzie, których interesuje to, jakiego ja (czy też ktokolwiek inny) używam systemu operacyjnego. Nie rozumiem takiego stanowiska: przecież to, jakiego ja używam systemu, nie ma wpływu na nikogo innego poza mną. Dlaczego więc kogoś miałoby to interesować? Dlaczego komuś miałoby zależeć na tym, aby na takiego GNU/Linuksa przesiadali się ludzie używający wcześniej systemu Windows? Co by ten ktoś przez to osiągnął?

Oczywiście zrozumiałbym, gdyby tutaj chodziło o pieniądze - ale przecież mowa jest o Wolnym Oprogramowaniu, które w zdecydowanej większości przypadków jest jednak dostępne za darmo (jeśli nie liczyć kosztu znalezienia, ściągnięcia i przystosowania się do używania tego oprogramowania).

Sam też tworzę oprogramowanie i dla mnie kwestia tworzenia portów jest niezwykle istotna. Dobrze pamiętam, jak zagubiony czułem się stawiając pierwsze kroki pod GNU/Linuksem, kiedy nie znałem jeszcze programów dostępnych pod tym systemem. Pamiętam również inny przełomowy moment w moim życiu, kiedy to przyszło mi nagle popracować pod Windowsem, po dłuższym używaniu GNU/Linuksa. Byłem wówczas równie zagubiony, ciągle uruchamiałem konsolę, próbowałem wpisywać "mc", "ls", czy "cp", złościłem się, kiedy nie miałem do dyspozycji gVima i wgeta. Komfort pracy nieco mi się poprawił, kiedy znalazłem porty tych dwóch programów pod Windows (jednakże z tego powodu wcale nie zdecydowałem się na powrót do tego systemu!).

Pamiętając o tych doświadczeniach staram się tworzyć oprogramowanie w taki sposób, aby dało się je jak najłatwiej przenieść na inne systemy operacyjne. Inne - to znaczy inne, niż GNU/Linux, pod którym pracuję i tworzę te programy. Ma to dla mnie znaczenie nie tylko z tego powodu, że program pod Windows znajdzie zapewne wiekszą liczbę użytkowników, niż pod GNU/Linuksem, ale również (a w moim przypadku: przede wszystkim) dlatego, żeby nikt nie czuł się zmuszany do pracy pod określonym systemem opracyjnym tylko dlatego, że autor danego programu taki właśnie system operacyjny lubi.

Z tego też powodu trudno jest mi zrozumieć postawę prezentowaną przez przedstawicieli obydwu stron w tej dyskusji "portować czy nie". Po prostu uważam, że w kwestii tworzenia portów dla Wolnego Oprogramowania nie chodzi o przyciąganie użytkowników do danego systemu operacyjnego (czyli o wzmacnianie pozycji danego systemu), lecz o podarowanie ludziom kolejnego oprogramowania, które będą mogli wykorzystać do własnych celów. Chodzi więc raczej o to, żeby wzmacniać oprogramowanie, a nie konkretny system operacyjny. Wydaje mi się, że kłócąc się o cokolwiek innego, marnuje się tylko swoją energię i czas, które można by było poświęcić na tworzenie oprogramowania.

Właśnie - tworzenie nowego oprogramowania... No to kończę już i biorę się do pracy.

19 stycznia 2006

Dwie różne filozofie

Odwiedziłem niedawno stronę internetową Fedory. Chciałem poszukać źródeł menadżera pakietów RPM, więc czym prędzej powędrowałem do działu "Download". To, co tam przeczytałem, było dla mnie całkowitym zaskoczeniem. W dalszej części tego tekstu będę pisał po polsku, tłumacząc tekst z angielskiego oryginału, który można znaleźć tutaj. W tłumaczeniu będę stosował męską formę w drugiej osobie (w języku angielskim "you" może się odnosić zarówno do mężczyzny, jak i do kobiety, ale trzymanie się tej zasady w języku polskim tylko utrudniłoby lekturę tekstu).

Pierwsze, co można przeczytać na tej stronie, to wiadomość "Zanim rozpoczniesz ściąganie, przeczytaj instrukcję. Aby ściągnąć i zainstalować Fedora Core, należy podjąć następujące kroki:". Lata doświadczeń z GNU/Linuksem nauczyły mnie jednego: zanim cokolwiek zrobisz, przeczytaj instrukcję. Niezastosowanie się to tej reguły kilkarotnie już poskutkowało stratą wielu godzin pracy. Więc kiedy widzę takie informacje, jak ta zacytowana powyżej, zawsze staram się do niej szczególnie dokładnie zastosować. Postanowiłem sobie więc poczytać dalej.

"1. Upewnij się, że rozumiesz, co robisz.

Masz zamiar ściągnąć cały system operacyjny, w większości przypadków będziesz go następnie instalował na swoim komputerze.

Jeśli posiadasz wolne łącze, np. poprzez modem, ściąganie Fedora Core może być wyjątkowo czasochłonnym procesem. Czas ściągania plików instalacyjnych zależy w dużym stopniu od prędkości połączenia z internetem. (...) Znaczy to, że przy połączeniu modemowym o prędkości 56K ściągnięcie tylko jednej płytki instalacyjnej (a większość instalacji wymaga ich więcej) potrwa około 27 godzin."

No proszę. Nie mogę powiedzieć, żebym się z tym nie zgadzał. Ale to jest przecież dosyć oczywiste: każdy chyba, kto tylko kiedykolwiek miał do czynienia z internetem (a wśród użytkowników komputerów jest to zapewne grupa bardzo liczna), wie, że im szybsze jest łącze, tym szybciej ładują się strony, obrazki, ściągają się pliki... Zaś rozmiar pliku, który ma się zamiar ściągnąć, też jest znany - więc po co pisać, że ściągnięcie jednej płytki instalacyjnej może potrwać długo?

Są to fakty, temu zaprzeczyć się nie da - ale faktem też jest, że dwa plus dwa równa się cztery, a jednak nikt tego faktu nie podkreśla tak mocno. Tego po prostu nie trzeba robić - bo i tak wszyscy to wiedzą.

Ale czytałem dalej, co następuje:

"2. Przygotuj miejsce na dysku twardym

Jeśli zamierzasz zainstalować Fedora Core jako drugi system, będziesz potrzebował miejsca na dysku twardym. W tym celu możesz zainstalować nowy dysk, albo zmodyfikować partycje istniejące na dysku, którego używasz obecnie."

Kolejne słowa prawdy. Tylko znowu dosyć oczywiste - instalując jakikolwiek system operacyjny trzeba przecież mieć miejsce na dysku twardym. Po co więc o tym pisać?

"3. Ściągnij potrzebne pliki

Aby zainstalować Fedora Core, ściągnij obraz DVD, albo cztery obrazy CD płyt instalacyjnych, nawet jeśli masz zamiar przeprowadzić instalację na dysk twardy."

Przyznam się, że nie bardzo rozumiem tę drugą część zdania (zaczynającą się od "nawet jeśli"), ale poza tym wciąż są tutaj wypisywane rzeczy dosyć oczywiste. Niejednego już Linuksa w życiu instalowałem, i zawsze przed instalacją musiałem posiadać komplet płyt instalacyjnych - cóż więc jest w tej informacji takiego istotnego, że trzeba było ją koniecznie przeczytać przed dokonaniem instalacji?

Dalej w tej samej instrukcji można przyczytać: "Po ściągnięciu obrazów ISO sprawdź ich sumy kontrolne, aby się upewnić, że ściągnęły się one prawidłowo.". Nie wiem, jak inni, ale ja zawsze sprawdzam sumy kontrole ściąganych plików większych, niż jeden megabajt. A zwłaszcza takich, które później instaluję w systemie (czy też które należą do samego systemu). Cóż jest więc tak ważnego w tej - dosyć oczywistej, informacji, że jej autorzy uznali, że trzeba o tym napisać?

Czytałem dalej: "Jeśli sumy kontrolne się zgadzają, wypal obrazy ISO na płytkach CD-R lub CD-RW. Uwaga: wypalanie obrazów ISO na płytkach wymaga użycia odpowiedniego programu, np. cdrecord.". A czy komuś mogłoby się wydawać, że zrobienie czegokolwiek przez komputer bez odpowiedniego oprogramowania w ogóle jest możliwe? Nawet ludzie, którzy do komputera z zainstalowanym Linuksem w ogóle się nie zbliżają, zdają sobie sprawę z tego, że również pod ich Windowsami trzeba mieć odpowiedni program, żeby cokolwiek na płycie wypalić.

Potem znalazłem jeszcze tylko jeden ciekawy fragment: "Nie zapomnij oznaczyć płyt po wypaleniu.". Ale to już pozostawię bez komentarza.


Tak dla porównania postanowiłem również zajrzeć na stronę innej dystrybucji, konretnie takiej, której używałem przez bardzo długi czas (a na laptopie używam po dziś dzień) - Slackware. I oto, co tam wyczytałem odnośnie ściągania płyt instalacyjnych z internetu (źródło można znaleźć w linkach na tej stronie):

"Zanim zaczniesz używać Slackware Linux, musisz zaopatrzyć się w płyty instalacyjne i zainstalować go. Zdobycie płyt instalacyjnych jest bardzo proste i sprowadza się do zakupu lub ściągnięcia ich za darmo przez internet. Instalacja również nie jest trudna, jeśli ma się podstawową wiedzę o swoim komputerze i chęć do zdobycia paru nowych wiadomości."

Jest to oczywiście prosta informacja o sposobach zdobycia płyt instalacyjnych Slackware. Nic odkrywczego, same informacje. Ale zdecydowanie bardziej zwarte i konkretne.

Dalej:

"Oficjalny zestaw płyt Slackware Linux składa się z czterech płyt. Pierwsza z nich zawiera całe oprogramowanie niezbędne do podstawowej instalacji na serwer oraz system X window. Druga z nich to LiveCD, tzn. bootowalna płyta, która ładuje system do pamięci RAM i umożliwia przeprowadzenie podstawowych operacji (np. ratunkowych) na systemie. Płyta ta zawiera również pakiety wchodzące w skład środowisk graficznych KDE czy GNOME. Zostało tam również umieszczonych parę dodatkowych programów w folderze "extra". Na trzeciej i czwartej płycie zawarty jest kod źródłowy całego Slackware (...).

Slackware Linux jest również dostępny za darmo w internecie. (...)

Weź pod uwagę, że nasz serwer ftp, jakkolwiek dostępny do użytku publicznego, nie ma nieograniczonej przepustowości. Rozważ skorzystanie z jednego z serwerów lustrzanych w celu ściągnięcia Slackware."

Parę konkretnych informacji (wraz z jakże przydatnym opisem zawartości płyt instalacyjnych; nikt, komu nie zależy na źródłach, nie musi ściągać trzeciej i czwartej płyty - i jest to bardzo cenna informacja), które nie są jednak na tyle oczywiste (dla ludzi, którzy z tą dystrybucją nie mieli wcześniej do czynienia), aby uznać wypisywanie ich za zbędne. No - może tylko ta wzmianka o możliwym dużym obciążeniu serwera ftp... Często się zdarza, że serwery takie są bardzo obciążone, więc w zasadzie można by założyć, że każdy już wie, że należy znaleźć sobie odpowiedni mirror.


Na podstawie tych paru informacji można od razu świetnie scharakteryzować każdą z tych dwóch dystrybucji. Twórcy Fedory sprawiają wrażenie, że uznają zainteresowanych tą dystrybucją ludzi za idiotów. Udzielają im najbardziej nawet oczywistych informacji, sprawiając w dodatku wrażenie, że są to informacje niezbędne do prawidłowego zainstalowania, ba! ściągnięcia nawet, systemu. W efekcie człowiek traci na lekturę tej instrukcji trochę czasu (niewiele, ale zawsze). Z kolei twórcy Slackware uznają, że skoro raz napisali, że Slackware Linux jest dystrybucją Linuksa (systemem operacyjnym), to nie trzeba już użytkownikowi tłumaczyć, co to jest system operacyjny, że obrazy płyt mogą być duże (rzędu kilkuset MB), że system ten po ściągnięciu instaluje się na dysku twardym i że trzeba mieć na tym dysku miejsce, żeby go zainstalować. To bowiem powinno być oczywiste dla kogoś, kto przystępuje do instalacji (a jeśli nie jest, to odradzałbym zabieranie się za jakąkolwiek instalację).

Nie znam dokładniej Fedory, nigdy jej nie używałem. Pracowałem tylko pod Red Hatem, potem pod Auroksem. Po Auroksie przeszedłem na Slacka - i tam dopiero zacząłem oddychać. Zniknęło wrażenie, że komputer robi czasami coś poza moją wiedzą, że to nie ja go kontroluję. Slack niczego nie próbował robić wbrew mnie - jeśli czegoś nie zrobiłem sam, to nie było to zrobione.

Borąc pod uwagę te fakty, mogę chyba śmiało zaryzykować stwierdzenie, że Fedora nie byłaby dobrym systemem dla mnie. Skoro już na wstępnie użytkownik jest tam traktowany tak, jakby nigdy wcześniej nie zetknął się z komputerem (ani z internetem), to co musi być dalej? Pewnie to, co dobrze znam z innego systemu operacyjnego, z którego korzystałem przez długi czas, i który niemalże zrobił ze mnie ignoranta, który nie wie, jakiej karty dźwiękowej używa - z Windows.

Nie krytykuję oczywiście Fedory - stwierdzam tylko, że nie jest to system odpowiedni dla mnie. Ja preferuję systemy takie, jak Slackware (czy jak Arch, którego obecnie używam), których filozofią jest prostota - wszystko, co się dzieje, jest prostą konsekwencją działań użytkownika. Jeśli użytkownik nie skonfigurował modemu, to modem nie będzie działał. Jeśli ktoś będzie instalował oprogramowanie ściągnięte z sieci, bez upewnienia się, że zgadzają się sumy kontrolne, że oprogramowanie to jest dobre i robi to, co powinno robić, to nie może się później dziwić, że coś może nie działać tak, jak powinno. Na tym właśnie polega to, co często określam w słowach "Slackware jest bardzo prostym systemem".

Widać tutaj również olbrzymie bogactwo świata GNU/Linuksa - jest w nim miejsce zarówno na taką Fedorę, jak i na takiego Slacka. I całe szczęście - bo w zasadzie każdy użytkownik komputera ma inne wymagania.

23 grudnia 2005

Wszyscy jesteśmy leniwi

Są dwa rodzaje lenistwa: pozytywne i negatywne.

Najpierw postaram się pokrótce opisać to pozytywne. Najlepiej będzie to chyba zrobić na paru prostych przykładach. Otóż z natury jestem leniwym człowiekiem, więc zamiast pisać programy w C, robię to w Pythonie. Pracy jest przy tym znacznie mniej, więc mogę poświęcać tej czynności mniej czasu. Podstawowym powodem, dla którego porzuciłem C na korzyść Pythona jest więc moje lenistwo. Skutkiem tego lenistwa jest jednakże zwiększona wydajność mojej pracy - dzięki czemu moje życie stało się prostsze i bardziej wygodne.

Innym przykładem mojego lenistwa jest system operacyjny, którego używam. Jest to Arch Linux, w którym niezwykle prosto jest budować pakiety ze źródeł. Robi się to w każdym bądź razie (moim zdaniem) znacznie łatwiej, niż w takim np. Slackware czy dystrybucjach wykorzystujących pakiety w formacie RPM. Jednocześnie trzeba powiedzieć, że dla mojej dystrybucji dostępnych jest wiele różnych paczek, które zostały zoptymalizowane pod kątem architektury i686. Jest to (jak dla mnie) kolejna zaleta w porównaniu z takim np. Slackware, który ciągle zachowuje kompatybilność z i486. Pod Archem pracuje mi się wygodniej, niż pod innymi znanymi mi dystrybucjami - wybrałem więc Archa z lenistwa.

Innym przykładem lenistwa pozytywnego może być wybranie się na duże zakupy do hipermarketu, zamiast zwiedzania wielu małych sklepików rozsianych po całym mieście - nawet, jeśli ceny w tym małych sklepikach są porównywalne do cen w hipermarkecie (nie jest to częsty przypadek, ale zdarza się). Ludzie, którzy tak robią, są po prostu zbyt leniwi, aby biegać po wielu sklepach - wolą udać się do jednego i zrobić wszystkie potrzebne zakupy. Tak jest dla nich prościej i wygodniej.

We wszystkich tych przypadkach mamy do czynienia nie tyle z samym lenistwem, ile z jego skutkiem: komuś się nie chciało pisać programów w C, więc wymyślił Pythona; komuś się nie chciało męczyć z pakietami RPM, więc wymyślił pacmana i abs, które stosuje się w Archu; komuś nie chciało się latać po całym mieście za paroma potrzebnymi mu produktami, więc wymyślił hipermarket, w którym wszystko to można kupić na miejscu. Takich przykładów jest bardzo wiele: samochód (komuś nie chciało się chodzić piechotą), kombajn (komuś nie chciało się ręcznie kosić zboża) itd.. Zaiste, lenistwo może być potężną motywacją!

Ale tak naprawdę to nie o takim lenistwie chciałem pisać. Tym, co mnie denerwuje, jest lenistwo negatywne. Lenistwo takie niesie skutki dokładnie przeciwne, niż lenistwo pozytywne. Dzięki lenistwu pozytywnemu nasze życie staje się prostsze i przyjemniejsze - i mamy coraz więcej wolnego czasu. Na skutek lenistwa negatywnego tracimy czas, pieniądze i energię.

Z lenistwem negatywnym spotkałem się np. na różnych stronach z torrentami. Swego czasu na jednej z takich stron ktoś zamieścił torrent z grami na emulator konsoli MAME. Spodziewałem się, że wielu użytkowników mu za to podziękuje, gdyż dzięki niemu będą mieli możliwość zagrania w gry, które pamiętają z okresu, kiedy to chadzało się "na flipery". Jednakże nic podobnego się nie stało. Wprost przeciwnie - ludzie zaczęli się skarżyć, że autor nie pomyślał o tym, żeby do torrenta dołączyć również jakiś emulator konsoli MAME. Paru z nich miało mu za złe, że nie podał chociaż linka do takiego emulatora. A znaleźli się i tacy, którzy w dość dosadnych słowach wyrazili się niepochlebnie o inteligencji osoby, która zamieszcza torrent z grami, a nie dołącza do tego torrenta emulatora.

Czyż to nie jest przykład lenistwa negatywnego? Zapewne żaden z tych użytkowników nie pomyślał o tym, że wystarczy użyć jakiejkolwiek wyszukiwarki internetowej i wpisać hasło "MAME +emulator", żeby znaleźć linki do przynajmniej kilku różnych emulatorów tej wspaniałej konsoli do gier. I byłoby to przecież znacznie prostsze, niż tracenie czasu na wypisywanie komantarzy dotyczących inteligencji osoby, która torrent z grami zamieściła.

Nawet nie pytam już, czy lenie te w ogóle zastanawiały się nad problemem istnienia różnych systemów operacyjnych - przecież istnieją emulatory MAME pod Windows, pod Linuksa, pod Mac OS X...

Mniejsza już zresztą o tych leni - gorzej, że na skutek tych komentarzy każdy kolejny torrent owego jegomościa, który zdecydował podzielić się swoimi zbiorami, był już zaopatrzony w stosowny emulator. Nie dziwię się temu człowiekowi - chciał się z kimś podzielić, został skrytykowany, dostosował się do wymagań. Jak to mówią - vox populi, vox dei. Ale skutkiem tego wszyscy użytkownicy, którzy ściągnęli te kolejne torrenty, musieli również ściągać za każdym razem ten sam emulator. Emulator, który być może nawet nie będzie działał pod ich systemem operacyjnym... Czyż nie jest to marnotrawstwo czasu, że o pieniądzach za dostęp do sieci nie wspomnę?

Jest to klasyczny przykład tego, jak takie lenistwo negatywne szkodzi wszystkim. Ucierpieli bowiem nie tylko ci użytkownicy, którzy tak ostro zareagowali na wystawienie gier bez potrzebnego emulatora, ale również wszyscy pozostali, którzy nie tracili czasu na żadne komentarze tylko od razu brali się do ściągania plików.

Niestety, nie jest to jedyny rodzaj lenistwa negatywnego występującego w internecie. Swego czasu natknąłem się na pewnym forum na post, którego autor szukał gry "Arkanoid" (czy raczej - jakiegoś klonu tej gry). Napisałem mu więc odpowiedź, że jest taka gra jak LBreakOut, podałem nawet link do stosownej strony (nie żebym podejrzewał go o lenistwo, po prostu lubię podawać pełne informacje), dodałem nawet, że gra jest dostępna za darmo. I jaka była jego reakcja? Otóż odpisał mi, że on potrzebuje gry pod Windows.

Szczęka mi opadła. Osobiście używam Linuksa, co zresztą było widać na każdym poście zamieszczonym na tym forum. Ów jegomość spojrzał na symbol pingwinka, którym był oznaczony post z moją odpowiedzią, i doszedł do wniosku, że skoro używam Linuksa, to pewnie jest to gra na Linuksa. Ale mniejsza o ułomność takiego rozumowania - jemu nawet nie chciało się sprawdzić, co się pod wskazanym przeze mnie linkiem kryje! A kryły się tam wersje tej gry dla systemów operacyjnych Windows oraz Linux.

Ręce po prostu opadają. Człowiek się stara, chce pomóc, nawet link podaje (choć mógłbym to sobie darować; myślę, że każda wyszukiwarka na hasło "LBreakOut" wskazałaby właściwy adres), a tutaj tylko stwierdzenie, że "on szuka gry pod Windows". Po przeczytaniu czegoś takiego ma się ochotę rzucić to wszystko w czorty i przestać odwiedzać jakiekolwiek fora, żeby pomagać innym.

Cóż to za podejście do życia? Jak nie podsuniesz pod nos, wręcz - nie włożysz do ust, to jeść nie będzie?

Innym przykładem lenistwa negatywnego są posty, które czasami można spotkać na Polskim Forum Linuksowym. Linux jest teraz modnym systemem - i po prostu nie wypada niczego o nim nie wiedzieć, że o posiadaniu jakiegoś doświadczenia z pracy pod tym systemem nie wspomnę. Na skutek tej dziwacznej mody po Linuksa sięga wielu ludzi, którzy normalnie nigdy by się tym system nawet nie zainteresowali. Wszyscy nowicjusze jednak (a wśród nich również i tacy, którym ten system przypadnie do gustu) w sposób naturalny zadają sobie pytanie, jaką dystrybucję powinni wybrać (a jest tych dystrybucji wiele).

Z tego też powodu na wspomnianym forum mamy na stałe przyklejony temat dotyczący wyboru dystrybucji Linuksa. Można w tym temacie znaleźć linki do stron, które taki właśnie problem pomagają rozwiązać.

Czy to oznacza, że wszyscy są szczęśliwi? Ależ skąd! Myślę, że przynajmniej raz na dwa-trzy tygodnie zdarza się, że ktoś tworzy nowy wątek, w którym pisze mniej więcej tak: "Mam komputer klasy PII500MHz z 256MB RAMu, jaki Linux będzie dla mnie najlepszy?". Gdyby tylko ktoś taki zainteresował się wątkami, które już na tym forum są - np. tym, o którym wspomniałem. Albo użył wyszukiwarki, która z pewnością pokazałaby mu parę z tych kilkudziesięciu innych podobnych tematów, które były na tym forum poruszane już wiele razy...

Ale po co w ogóle zadawać sobie taki trud? Lepiej przecież kliknąć, zapytać i nie martwić się o nic więcej. A to, że podobne pytania były już zadawane wielokrotnie, na skutek czego powstało FAQ - to już nie jest ważne. Z lenistwa - tego negatywnego - pomijane są inne możliwości, niż zadanie własnego pytania w nowym wątku.

Oczywiście skutkiem tego jest to, że ktoś takiemu jegomościowi napisze, żeby zajrzał do wspomnianego wątku, do FAQ, żeby użył wyszukiwarki... Oczywiście nic odkrywczego to nie jest - i autor takiego wątku straci ostatecznie tylko czas, gdyż i tak trafi tam, gdzie by trafił, gdyby zadał sobie trochę więcej trudu na początku. Cóż - taka jest cena za lenistwo.

Tak sobie myślę, że jeśli ktoś jest już taki leniwy na etapie poszukiwania dystrybucji dla siebie, to z Linuksem mu raczej nie wyjdzie. Ale to moje prywatne zdanie - i taka mała dygresja.


Ciekawi mnie tylko jedno - czy częstsze jest lenistwo pozytywne, czy też negatywne? Ale na to pytanie nie znajdę chyba odpowiedzi.